Filmy

< cofnij

RECENZJA THE MATRIX:RELOADED

Na początek chciałbym napisać o jednej kwestii związanej z tym filmem.
Otóż dziwi mnie to jak wiele osób praktycznie zmieszało ten film z błotem.
Jest to dla mnie kompletnie niezrozumiałe gdyż ten film to jedno wielkie arcydzieło i
wcale nie chodzi mi o efekty specjalne.
Ale chrzanię to co inni myślą sobie o tym filmie i napiszę tutaj o Matixie jakiego
ja zobaczyłem oglądając ten wielki film.
Może trochę o fabule filmu : po pierwsze - film nie zaczyna się dokładnie tam,gdzie
zakończyła się część pierwsza.
Czas akcji zaczyna się trochę póżniej - Morfeusz ma już nowego pilota,Neo jest już
w poważnym związku z Trinity,wszyscy "zUPLOADowali" sobie nowe płaszcze i
okularki,Reevsowi odrosły włosy...
Kurde, trudno jest pisać o fabule tego filmu,gdyż jest ogromnie złożona i zagmatwana,
a zarazem genialna,wsysająca w ekran i oddziałująca głęboko na psychikę.
Zatem zacznę od początku - film rozpoczyna scena w której Trinity walczy z agentem i...ginie.
Chwilę potem okazuje się ,że to był jedynie sen Neo.
Takie właśnie dziwne,prorocze sny doskwierać mu będą przez większą część filmu.
Chwilkę póżniej zobaczymy zebranie dowódców statków z Zionu (w tym i Morfeusza oczywiście).
Stajemy się także świadkami "reaktywacji" agenta Smitha,który jak się póżniej okazuje
nauczył się kopiować sam siebie,w związku z czym w Matrixie Reaktywacji nie pojawi się jeden
agent Smith a całe setki identycznie wyglądających Smith'ów.
Neo również "nałapał umiejętności" od czasów części pierwszej.
Potrafi już tak dokładnie naginać Matrixa,że staje się po prostu kimś w rodzaju Supermana w
fikcyjnym świecie.Potrafi latać i zatrzymywać kule a to co wyprawia podczas walki wręcz jest
po prostu niewyobrażalne.
Fabuła jest po prostu przesycona nioczekiwanymi zwrotami akcji i nowymi informacjami na temat
Matrycy.
W Reaktywacji po prostu wszystko staje na głowie, to czego można było być pewnym po obejrzeniu
części pierwszej w Reloaded po prostu okazuje się czymś zupełnie innym,totalnie zaskakującym widza.
Neo spotyka się z Wyrocznią,która podpowiada mu co ma robić aby zniszczyć Matrix.
Dowiadujemy się ,że musi dotrzeć do Keymakera - klucznika,który posiada klucz za pomocą którego
można otworzyć drzwi w "białym korytarzu" i dostać się do rdzenia Matrixa.
Nad Zionem wisi zagłada,maszyny przygotowują się do ataku na miasto ,które praktycznie nie jest
w stanie się obronić przed najeźdżcami - jedyną nadzieją na uratowania ostatniego ludzkiego
miasta jest Neo,który zgodnie z przepowiednią tej nocy ma zniszczyć Matrix.
Niezłym szokiem atakuje scena w której dowiadujemy się,że Wyrocznia jest jedynie programem -
jednym z wielu egzystujących w Matrix.
Oglądając film jesteśmy świadkami wielu monumentalnym wydarzeń - widzimy wreszcie jak wygląda
Zion,poznajemy kilka nowych postaci (Niobe,Ghost,Serafin...),odczuwamy potęgę i
siłę Neo jaką dysponuje w Matrixie itd...
Ale to co najbardziej mnie "walnęło w psychę" to jedna z ostatnich scen,gdy Neo otwiera tajemnicze
drzwi i spotyka się z programem,który podaje się za twórcę i głównego administratora Matrixa.
Ich rozmowa diamentalnie zmienia widzenie filmu.To czego tam wysłuchamy jest po prostu trudne do
zrozumienia.W słowie "trudne" nie mam tu na myśli żadnych fachowych terminów czy dziwnego słownictwa,
ale to o czym opowiada "administrator".
Zapewne każdy inaczej zinterpretuje jego słowa i to co ma do przekazania ale chyba też każdy wysunie
pewne identyczne jak reszta teorie.
Bo co mógł mieć na myśli "wielki szef" mówiąc iż dzisiejszej nocy zniszczą Zion po raz szósty.
Z tych i paru innych opowieści "szefa" wynika wręcz iż nawet rzeczywistość w Matrixie to Matrix -
że Zion to Matrix,że Nabuchodonozor to Matrix - że to wszystko jest nierealne - oczywiście tak
nie jest,ale gdy po raz pierwszy ogląda się film to naprawdę ciężko jest to zrozumieć..
Dowiadujemy się także bardzo dziwnej rzeczy - mianowicie,że Neo jest którymś tam z koleji Wybrańcem,
a jego losy to była zwyczalna gra - zaprogramowana z góry historia o Wybrańcu,który jest
jednym z założeniem z funcjonowania systemu .
Można dosłownie dostać świra - w jedynce nie było takiej dezorietacji,tam wiedziałeś co było Matrixem a
co nie - natomiast w Reloaded nie wiesz już nic.
I jeszcze dwie bardzo dziwne sceny - mniej więcej w połowie filmu widzimy jak pewien koleś w Zionie
próbuje zabić Neo,jednak gdy Neo się odwraca udaje jakby nic się nie stało i nigdy więcej nie widzimy
już tego kolesia...aż do końca filmu - gdy Neo powraca do "reality" i Nabuchodonozor...zostaje zniszczony (!),
okazuje się ludzie przegrali bitwę z maszynami ,a dowódca innego statku,który ratuje ekipę Morfeusza opowiada o
jednym człowieku,który przeżył atak.W końcowej scenie widzimy tego kolesia leżącego na stole oprócz
nieprzytomnego Neo (o tym za moment), tyle że tym kolesiem okazuje się gość który chciał
zabić Neo w Zion w połowie filmu (ten o którym pisałem).Czyżby Matrix znowu się przeładowywał
(administator twierdził ,że po każdym zniszczeniu Zionu Matrix był zaczynany od początku z nowym
Wybrańcem...).
Druga scena - gdy Neo z ekipą są zmuszeni do opuszczenia rozpadającego się Nabuchodonozora i atakują
ich maszyny - Neo zatrzymuje je ręką tak jakby wciąż był w Matrixie,po czym traci przytomność...
Końcówka filmu naprawdę nie pozwala na jakiekolwiek "nierozpracowywanie" jego fabuły.
Po prostu zmusza do myślenia,zmusza do tworzenia teorii na ten temat - niewiele jest filmów,w
których doznaje się takich odczuć.
Nie muszę też chyba dodawać jak wyglądają efekty specjalne w tym filmie - jest to absolutne
mistrzostwo - i zaręczam iż do dziś nie widziałem niczego efektowniejszego,a widziałem tysiące
filmów w swoim życiu.
To co się dzieje na ekranie podczas walk Neo ze Smith'em (a właściwie Smith'ami) jest po prostu
wręcz niewiarygodne,albo pościg na autostradzie - po prostu poezja dla oczu...
Tak też zakończę tą recenzję - ten film to nie tylko wspaniałe kino - to poezja,to nowy sposób
myślenia...
Czekam z niecierpliwością na część trzecią (mam już nawet trailer) - a już dziś mogę śmiało
napisać,że trylogia Matrixa to wręcz nowa religia - to coś nad czym myśli się nonstop,to coś WIELKIEGO...



Marcin "szczygliś" Szczygliński
05.11.2003